Słyszę nieraz, że dziś nie ma już nieznanego, że ryzyko nie istnieje, że wszystko można przewidzieć i skalkulować. To nieprawda. Znajdują się na świecie miejsca, których już sama nazwa wywołuje uczucie tajemniczości i fascynacji. Świat Livingstone’a czy mojego mentora Ibn Battuty, ostatniego wybitnego eksploratora arabskiego poprzedzającego wielkie podróże Europejczyków, przeszedł do historii, ale wyprawa ich śladem z pewnością przybliża do minionej epoki.
Jeszcze w początkowym okresie mojej peregrynacji mogłem wrócić po latach w to samo miejsce i było ono wciąż niezmienne. Dziś wszystko zmienia się szalenie spiesznie. Niełatwo jest podróżnikowi uśmierzyć tlącą się w zakamarkach duszy nostalgię za czymś, co w wyścigu z czasem, pod presją supertechnologicznych innowacji bezpowrotnie znika z horyzontu. Wiedziony reporterską ciekawością postanowiłem wyruszyć na mityczny transsaharyjski szlak Azalai, który niegdyś łączył Czarną Afrykę z krajami islamskiego Maghrebu, a za jego pośrednictwem i z Europą. Jeszcze na początku XIX w. zjawiskowe karawany wielbłądów wiozły na północ złoto, egzotyczne skóry, kość słoniową, pachnidła, a także niewolników. W przeciwnym kierunku – luksusowe towary, ceramikę, tkaniny oraz sól kamienną z saharyjskich kopalń. Po dzień dzisiejszy tędy są wożone płyty soli kamiennej z centrum wydobywczego w Taoudenni, odległego o 650 kilometrów od Timbuktu.
Czytaj więcej
W wyniku transformacji Uzbekistan utracił wiele. Potrzebny był jakiś idol i tak nieoczekiwanie odżył imperialny mit Tamerlana, którego okrzyknięto ojcem wszystkich Uzbeków.
* * *
W listopadzie, na początku lat 80., mając w kieszeni z trudem zdobyty list żelazny od gubernatora, dotarłem do zamkniętego dla cudzoziemców Taoudenni, gdzie jeszcze wtedy istniała kolonia karna dla więźniów politycznych. Zakątek na peryferiach świata, stanowiący zagubiony na mapie Afryki mikroskopijny punkt, przejmuje trwogą. Gdzieś tutaj, daleko poza jakimkolwiek zasięgiem władzy w Bamako, przebiegają przemytnicze marszruty, na których nie brak uzbrojonych w broń palną bandytów.
Rozległa, żółto-pomarańczowa niecka, niedaleko granicy z Algierią, gdzie nie ma śladu cienia, a słońce daje się we znaki, jest dnem pradawnego wyschniętego zasolonego jeziora, w którym 6 tysięcy lat temu zaległy warstwy soli, przykryte potem słojem naniesionego piasku. Wydobywa się ją od końca XVI wieku. Na obszarach subsaharyjskich towar ten, który zawsze odgrywał znaczącą rolę gospodarczą, używany był do konserwacji żywności, zwłaszcza ryb, sera i mięsa. Od starożytności stanowił też jeden z pierwszych i zarazem najważniejszych produktów wymiennych w handlu. Jako asortyment luksusowy sól była środkiem monetarnym, wypłacano też nią żołnierzom żołd. Niegdyś miała wartość złota, ale te czasy już dawno minęły, chociaż jest jeszcze na tyle warta, by najmować się do nieludzko uciążliwej pracy w Taoudenni. Kroniki mówią, że w przeszłości dzięki soli miejscowi władcy stali się najbogatszymi postaciami w Afryce Zachodniej. Kiedy będący w drodze do Mekki cesarz Mali sprzedał całą przywiezioną ze sobą sól i złoto, obniżył cenę tego kruszcu na kilkadziesiąt lat.