Tropem legendarnej karawany Azalai

Ten sam codzienny rytm, to samo jedzenie, ta sama woda, te same katusze. Mordercza podróż przez bezmiar pustyni, pradawnym transsaharyjskim szlakiem handlowym z kopalni soli w Taoudenni do mitycznego Timbuktu, przez wielu nazywana jest drogą przez piekło.

Publikacja: 14.10.2022 10:00

Zamierająca oaza Araouane przedstawia fatalny widok, większość glinianych budowli i nawet meczet są częściowo pochłonięte przez lotne piaski

Foto: Jacek Pałkiewicz

Słyszę nieraz, że dziś nie ma już nieznanego, że ryzyko nie istnieje, że wszystko można przewidzieć i skalkulować. To nieprawda. Znajdują się na świecie miejsca, których już sama nazwa wywołuje uczucie tajemniczości i fascynacji. Świat Livingstone’a czy mojego mentora Ibn Battuty, ostatniego wybitnego eksploratora arabskiego poprzedzającego wielkie podróże Europejczyków, przeszedł do historii, ale wyprawa ich śladem z pewnością przybliża do minionej epoki.

Jeszcze w początkowym okresie mojej peregrynacji mogłem wrócić po latach w to samo miejsce i było ono wciąż niezmienne. Dziś wszystko zmienia się szalenie spiesznie. Niełatwo jest podróżnikowi uśmierzyć tlącą się w zakamarkach duszy nostalgię za czymś, co w wyścigu z czasem, pod presją supertechnologicznych innowacji bezpowrotnie znika z horyzontu. Wiedziony reporterską ciekawością postanowiłem wyruszyć na mityczny transsaharyjski szlak Azalai, który niegdyś łączył Czarną Afrykę z krajami islamskiego Maghrebu, a za jego pośrednictwem i z Europą. Jeszcze na początku XIX w. zjawiskowe karawany wielbłądów wiozły na północ złoto, egzotyczne skóry, kość słoniową, pachnidła, a także niewolników. W przeciwnym kierunku – luksusowe towary, ceramikę, tkaniny oraz sól kamienną z saharyjskich kopalń. Po dzień dzisiejszy tędy są wożone płyty soli kamiennej z centrum wydobywczego w Taoudenni, odległego o 650 kilometrów od Timbuktu.

Czytaj więcej

Jacek Pałkiewicz: Nieoczekiwany powrót Tamerlana

* * *

W listopadzie, na początku lat 80., mając w kieszeni z trudem zdobyty list żelazny od gubernatora, dotarłem do zamkniętego dla cudzoziemców Taoudenni, gdzie jeszcze wtedy istniała kolonia karna dla więźniów politycznych. Zakątek na peryferiach świata, stanowiący zagubiony na mapie Afryki mikroskopijny punkt, przejmuje trwogą. Gdzieś tutaj, daleko poza jakimkolwiek zasięgiem władzy w Bamako, przebiegają przemytnicze marszruty, na których nie brak uzbrojonych w broń palną bandytów.

Rozległa, żółto-pomarańczowa niecka, niedaleko granicy z Algierią, gdzie nie ma śladu cienia, a słońce daje się we znaki, jest dnem pradawnego wyschniętego zasolonego jeziora, w którym 6 tysięcy lat temu zaległy warstwy soli, przykryte potem słojem naniesionego piasku. Wydobywa się ją od końca XVI wieku. Na obszarach subsaharyjskich towar ten, który zawsze odgrywał znaczącą rolę gospodarczą, używany był do konserwacji żywności, zwłaszcza ryb, sera i mięsa. Od starożytności stanowił też jeden z pierwszych i zarazem najważniejszych produktów wymiennych w handlu. Jako asortyment luksusowy sól była środkiem monetarnym, wypłacano też nią żołnierzom żołd. Niegdyś miała wartość złota, ale te czasy już dawno minęły, chociaż jest jeszcze na tyle warta, by najmować się do nieludzko uciążliwej pracy w Taoudenni. Kroniki mówią, że w przeszłości dzięki soli miejscowi władcy stali się najbogatszymi postaciami w Afryce Zachodniej. Kiedy będący w drodze do Mekki cesarz Mali sprzedał całą przywiezioną ze sobą sól i złoto, obniżył cenę tego kruszcu na kilkadziesiąt lat.

* * *

Kopalnia”, czyli dziesiątki odkrywkowych kwadratowych wyrobisk pośród pustej krainy piasku i gliny, robi upiorne wrażenie. Przypomina scenę z thrillera o zombi z postapokaliptycznego świata, gdzie kilkaset ekip roboczych, składających się z doświadczonego górnika nadzorującego dwóch pracowników, przypominają zagubione upiory. W sfatygowanych ciuchach, z rękami okaleczonymi od szorstkich powrozów i mozolnie gojącymi się ranami od soli, poruszają się apatycznie w atmosferze nieopisanej beznadziejności. Wynaturzone otoczenie bez świeżej wody, lekarstw, elektryczności, kobiet, telefonu ani paliwa do gotowania, gdyby nie liczyć wielbłądziego łajna. Najbliższa studnia oddalona jest o dziesięć kilometrów, ale za dwie tafle dobrej jakości soli można otrzymać beczkę życiodajnego płynu. Inne dobra, pieczywo, żywność, też nabywa się na drodze wymiany.

Robotnicy, często czarnoskórzy potomkowie niewolników tuareskich, w prymitywnych warunkach wykuwają motyką z dużym stalowym ostrzem bloki solne w głębokich na kilka metrów szybach z labiryntem tuneli. Najpierw jednak usuwają wierzchnią pokrywę czerwonej gliny, następnie wykopują drugą warstwę miernej jakości soli nadającej się tylko do budowy domów, by wreszcie dotrzeć do bardzo cenionej, lśniącej białej soli. Kamieniarze obciosują potem wydobyty materiał na 30–40-kilogramowe płyty. Takie prostokątne, sformowane bez linijki perfekcyjnie płaskie tafle o wymiarach 30 na 40 centymetrów pozwalają na dogodne ich przytroczenie do boków wielbłąda. Naliczyłem, że w pobliżu krążyło 16 różnych karawan po 60–70 dromaderów każda, a w zasięgu wzroku widać było jeszcze osiem innych, z których trzy załadowane były blokami soli połyskującymi w słońcu niczym długi rząd luster sygnałowych.

Mimo katorżniczej pracy mężczyźni są nadspodziewanie pogodni, przyjaźni i chętni do rozmowy. Kiedy pytam o zarobki, jeden z nich, zmuszony desperacją twierdzi, że dostanie 250 dolarów za pięciomiesięczny trud. Nie brak jest młodych chłopców parających się handlem barterowym, przykładowo jedną taflę wymieniają na 6 kilogramów kaszy z prosa lub 3 kilogramy ryżu. Niektóre wyrobiska należą do tubylczych plemion, inne są dzierżawione. Ci, którzy pracują na konto innych, zatrzymują dla siebie jedną taflę na ileś tam wyprodukowanych.

Czytaj więcej

Polska może odbudować bursztynowy szlak
Autopromocja
Rozlicz PIT z "Rzeczpospolitą" i "Parkietem"

W łatwy i wygodny sposób wypełnij zeznanie podatkowe

Pobierz za darmo

* * *

W nierealnym krajobrazie brak jest śladów roślinności i warunków do bytowania dla żywej istoty. O niegościnności tego bezlitosnego miejsca mówi już sama jego nazwa. „Tau” znaczy przyjazd, a „denni” – wyjazd, miejsce, dokąd się przybywa i natychmiast je opuszcza, w przypadku robotników jest to sześć miesięcy izolacji, bo tyle trwa sezon produkcyjny.

Składam wizytę u caida, bossa, który pod nieobecność policji i władz administracyjnych od lat odpowiada za bezpieczeństwo robotników, pomoc chorym i wszelkie kontakty z resztą świata. W zamian za kilka studolarowych banknotów znajduje dla mnie miejsce w karawanie, która wyrusza jutro rano do Timbuktu.

Ku mojemu zaskoczeniu jeszcze przed wschodem słońca, wcześniej niż było przewidziane, konwój gotowy jest do wymarszu. Jedziemy przez płaskie piaszczyste pustkowie. Korowód powiązanych ze sobą 62 dromaderów, każdy z czterema krystalicznymi blokami solnymi otwiera przywódca, zwierzę najbardziej subordynowane. Dosiada je noszący się z dużą dozą szlachetności ich właściciel Mahamud Saibunomada, Tuareg z 20-letnim doświadczeniem na tej trasie, którą przemierza pięć razy do roku, w trakcie saharyjskiej zimy. Jest powściągliwy, ma dumny wygląd, przeszywające oczy i piękną śniadą twarz o wyrazistych rysach. Podobnie jak i trzech jego pomocników nosi szaty koloru indygo i czarny zwój szesza na głowie, który zabezpiecza przed ziarnkami piasku, palącymi promieniami słońca i natrętnymi muchami, a ponadto pozwala wykorzystywać wydychaną cenną wilgoć, co chroni drogi oddechowe przed nadmiernym wysuszeniem. Tego nakrycia nie zdejmuje pod żadnym pozorem w obecności kobiety, bo – jak twierdzi – byłoby to poniekąd tak, jakby w jej obecności pozbywał się spodni. Jego sylwetkę dopełnia amulet zawieszony na szyi i symbol wojowniczej przeszłości, przypięty do pasa długi miecz takouba z pięknym inkrustowanym trzonkiem.

Les Hommes Bleus, czyli „błękitni ludzie”, uważali się zawsze za arystokrację, pustynia jest ich domem, wolność koniecznością. W przeszłości napadali na obozowiska, zbierali trybuty od osiadłej ludności, roztaczali protekcję nad karawanami. Każda rodzina ma nieraz swoje własne skryte studnie i okresowe pastwiska. Dzisiaj jesteśmy świadkami końca epoki ostatnich „władców” pustyni, którzy z trudem bronią się przed napierającą technologią i postępem.

* * *

Poruszamy się z prędkością szybko idącego piechura. Przytłaczający bezmiar pozbawionej wymiaru czasu kosmicznej pustki i złowrogiej ciszy, tak głębokiej, że słychać własny oddech i bicie serca, napawa świadomością własnej nicości. Czuję się żałośnie bezbronny, osamotniony, jak nic nieznacząca istota, o którą nikt się nie kłopocze. Moje nazwisko nic nikomu nie mówi, a pozostawione w domu pilne obowiązki nie mają żadnego znaczenia. Pojmuję, że świat idzie naprzód bez mojego mozolnego pośpiechu. Mam świadomość, że na tej bezlitosnej planecie nie mam prawa zachorować ani narzekać na mordęgę i utratę sił. Przede mną jedyne właściwe założenie – nie poddać się.

Wokół nadaje ton wszechobecna monotonia, a wiem, że na całej trasie istnieje tylko jedna oaza. Nie posiadam żadnego specjalnego ekwipunku ani odzieży technicznej lub wyszukanej żywności, suplementów diety czy telefonu satelitarnego. To nadaje większej wartości doświadczeniu na tym historycznie lukratywnym szlaku. Ten sam codzienny rytm, to samo jedzenie, ta sama woda, te same katusze. Tylko w ten sposób mogę poznać i w pełni docenić nomadów pustyni, ich autentyzm, wytrwałość, sens życia i śmierci. Do tego stopnia, że pod koniec tej wielkiej przygody będę mógł utożsamić się ze słowami Ibn Battuty: „Kto nie podróżuje, nie pozna wartości innych ludzi".

Nic nie wytrąca niestrudzonej karawany z marszowego rytmu i solennej atmosfery. Nie zatrzymujemy się na obiad, zjadamy w marszu garść orzeszków ziemnych i daktyli, albo swego rodzaju mus dogon, czyli kaszę jaglaną rozrobioną z wodą i sproszkowanym ekstraktem bogatego w składniki odżywcze i energetyczne owocem baobabu. Kilkakrotnie w ciągu dnia żylasty bosonogi poganiacz, krocząc wzdłuż konduktu, serwuje kilka łyków gorącej zielonej herbaty.

A woda? Mam pod ręką bukłak, starożytny pasterski wynalazek, worek z koźlej skóry o pojemności 20 litrów. Jego stan został sprawdzony przed wyjazdem, tam gdzie były przecieki spowodowane przez kolczaste krzewy, wielbłądnicy uszczelnili mikroskopijne otworki garstką skręconego włosia wielbłąda. Wprawdzie smak mętnej wody o zapachu kozy nie jest zbyt przyjemny, ale przynajmniej zawsze jest ona chłodna, jakby dopiero co wyjęta z lodówki. A to dzięki delikatnemu parowaniu, kiedy oddawane do otoczenia ciepło, obniża jej temperaturę. Na szczęście o tej porze roku klimat jest zdecydowanie komfortowy: temperatura niewiele ponad 20 stopni.

Poznaję istotę drogi przez mękę. Obolały od nieustannego miarowego kołysania i obijania się w twardym siodle, nie wiem, co mnie bardziej uwiera, plecy czy pośladki. Schodzę z dromadera, aby kuśtykając, trochę się rozruszać. Niebawem trafiam jednak na połacie sypkiego pyłu, w którym grzęznę po kostki. Nie mam wyboru, wsiadam ponownie.

* * *

Robię wszystko, aby zostawić ślad w moleskinie i co jakiś czas próbuję odświeżyć twarz odrobiną wody, ale w obliczu autentyczności nomadów staje się to groteskowym gestem. Piasek unoszony przez wiatr szybko zaciera wszelkie ślady, ale mieszkańcy pustyni mają wrodzony zmysł orientacji i odnajdywania drogi bez mapy, w świecie pozbawionym punktów orientacyjnych. Ich pewność siebie, dzięki receptorowi zmysłu, wewnętrznemu GPS, jest rozbrajająca. Dużą rolę odgrywa głęboka wiedza o gwiazdach, ale opowiadano mi, że potrafią kierować się, oceniając kolor piasku czy rzeźbę grzbietów barchanów. Jednak historia zna szereg przypadków tragicznych w skutkach pomyłek, ludzi zagubionych w mających coś z Apokalipsy burzach piaskowych. Nachodzą mnie złe myśli, kiedy mijamy wyprażony przez słońce i wypolerowany do połysku w wyniku trącego działania piasku – bielejący szkielet wielbłąda, częściowo okryty jeszcze wyschłą na pergamin skórą, świadectwo powtarzających się od zarania dziejów pustynnych tragedii.

Tysiące ludzi, w tym Beduini znający pułapki pustyni, odeszło z tego świata z powodu pragnienia albo zostało pochłoniętych przez piaski Sahary. Każda opowieść o takim wydarzeniu z czasem stawała się legendą, która przetrwała do naszych czasów. Ile w nich prawdy, trudno powiedzieć. Kroniki utrzymują, że w 1805 roku karawana 2000 ludzi z wielbłądami w drodze z Darfuru w Zachodnim Sudanie do Asjutu w Egipcie zaginęła pod piaskami Pustyni Libijskiej. Po dzień dzisiejszy nikt nie znalazł jej śladów. Sam kilkakrotnie przeżywałem dramatyczne chwile. Raz nie miałem wystarczająco długiego sznura i mogłem pożegnać się z życiem, siedząc przy studni pełnej życiodajnej wody. Innym razem na Wielkim Ergu Bilmy w Nigrze woda była tak przesiąknięta minerałami, że nie nadawała się do picia. Jeszcze dziś, po latach nawiedza mnie niepokój na wspomnienie poszukiwania w Algierii studni, bo okazało się, że ostatnia napotkana nieoczekiwanie była wyschnięta.

O zachodzie słońca, po przebyciu 40 kilometrów, nadchodzi wymarzony moment odpoczynku. Wielbłądnicy rozkulbaczają zwierzęta, czyli zrzucają na ziemię dużo ponad tonę towaru, dają im potrawę i aby zapobiec oddaleniu się, podwiązują wysoko jedną z przednich nóg. Dopiero wtedy mogą zająć się ciepłym posiłkiem. Dzisiaj mamy makaron z kawałkami twardego koziego mięsa, przyprawiony zgrzytającymi w zębach ziarnkami piasku. Błogie uczucie rozkosznego chłodu regeneruje siły, a sakralna ceremonia picia mocnej i niezwykle słodkiej, dającej ukojenie herbaty podnosi nadwerężone morale. Nad głową, nierealnie blisko migocą świecące gwiazdy, które jeszcze na długo przed wschodem słońca zastąpi zalewające obóz srebrne światło księżyca.

Czytaj więcej

Nieszczęśliwi z dobrobytu

* * *

Wspominam usłyszane jeszcze w Timbuktu uwagi: „Vous êtes fous, jesteś szalony. To zbyt zabójcze dla tubaba, białego człowieka: długie dni ciernistej egzystencji, bez wody, bez oaz, tylko piaszczyste równiny i możliwość pozostania tam na zawsze”. „Niegdyś było tak – opowiadał mi dziennikarz lokalnego radia – że chłopiec, aby stać się mężczyzną, musiał odbyć podróż do Taoudenni”. Ale kiedy zagadnąłem młodego kelnera w moim hotelu, czy tam by pojechał, ten tylko się roześmiał: „Oszalałeś? Ta podróż to piekło!”.

Na temat bezlitosnego i intrygującego, ale też i uwodzicielskiego świata pustyni z jej nieustępliwym słońcem w dzień i przenikliwym chłodem nocy, pewien tuareski poeta napisał: „Podróżniku, jakie to ma znaczenie, że jest ci gorąco bądź zimno. To prawo pustyni, że dniem jest upalnie, a nocą mroźnie”. Zaś Henry de Montherlant podsumował w „Rose de sable”: „Pustynia jest tylko pustynią, to znaczy piekłem”. Natomiast Bogusław Chrabota dodaje, że Sahara fascynuje także mistyką, zapewnia podróż do osobistego wnętrza i wnosi bogate doświadczenie duchowe.

Przygotowanie do wyjazdu i oporządzenie dromaderów, które z niechęcią pozwalają na załadunek bagażu, wszystko to odpowiada zamierzchłej, związanej z tradycjami przodków liturgii, której prawdopodobnie jestem ostatnim świadkiem. Wielbłąd nie darzy człowieka sympatią i okazuje mu najdalej idącą obojętność. Przed ułożeniem się na ziemi długo się ociąga, bulgocze z irytacji, ryczy donośnie i próbuje gryźć zaślinionym pyskiem. Niekiedy, aby wymusić na nim opamiętanie, poganiacz ciska mu w pysk garść piasku lub zadaje dobrze wymierzony cios w głowę. Zaskakujące, że wielbłądy, idąc potem w szyku, wydają się poddawać swojemu losowi, wykazując nadspodziewane dużą dyscyplinę.

* * *

Podążając przez ciągnące się po horyzont łachy złotożółtego piasku, dwunastego dnia przybywamy do Araouane, od pięciu stuleci żyjącej z zaopatrzenia karawan. Niegdyś było to zamożne miasto handlowe i znana siedziba nauki z bezcennymi rękopisami islamskich uczonych.

Dziś zamierająca oaza przedstawia fatalny widok, większość glinianych budowli i nawet meczet są częściowo pochłonięte przez lotne piaski. Gdziekolwiek spojrzeć, jest on wszędzie. Kilka kobiet wynosi go właśnie w miednicy sprzed domów, by wyrzucić dalej i tak, aby powstrzymać Saharę przed pogrzebaniem raz na zawsze tej starożytnej osady, powtarzają tę czynność całymi godzinami, dniami, latami, chociaż nie chcą przyznać, że w tej batalii z wydmami są skazane na przegraną.

Abdi Sultan, mężczyzna po siedemdziesiątce z pomarszczoną twarzą, trzymający za rękę dwuletniego wnuka ssącego kawałek surowego tłuszczu jagnięcego, wspomina, że w młodości było tu ponad 100 domostw, a dzisiaj jest 40. Budowano je w rzędach, ale te na końcach były bardziej narażone na zasypanie, a ponieważ inni niezmiennie odmawiali pomocy w oczyszczaniu piasku, dzisiaj budują je w luźnym skupisku. Problemy wynikły z faktu pustynnienia, które rozpoczęło się wraz z dotkliwymi suszami na początku lat 70., a to zniszczyło zwartą szatę roślinną hamującą wędrówki wydm. Mieszkańcy nagminnie opuszczają to miejsce, gdzie na kroplę deszczu czekają nieraz całymi latami i gdzie tranzytuje coraz mniej karawaniarzy. Chociaż i nie wszyscy. Sącząc herbatę w domu 40-letniego Azimy, do którego dostałem się przez dach, bo wejście jest kompletnie zasypane, pytam, jak u licha można tu mieszkać. Wzrusza ramionami i podkreśla, że to jego rodzinna strzecha i nie zamieni jej na inne miejsce. Ponadto jest muzułmaninem i ufa Bogu.

Nagle z północnego wschodu nadciąga harmattan, porywisty wiatr niosący potężne ilości pustynnego piasku i czarno-żółte tumany wirującego pyłu. Wszystko wokół zasnuwa się szarością i blade słońce już nie razi oczu. Kobieta niosąca wodę ze studni, naprzeciw której wybiegły bosonogie, umorusane dzieci, jakby chciały jej pomóc, musi iść pochylona, aby przezwyciężyć furię kłującej zawiei. A pomyśleć, że oczekiwałem tutaj tradycyjnej cichej przystani pełnej tryumfu zieleni i życia, palm daktylowych, upraw jarzyn i tryskającej zbawiennej wody. W notatniku zostawię krótki zapis: „Przedsionek piekła, surowe piękno końca świata”. Araouane zniknie powoli na zawsze pod piaskami.

* * *

Po zakupieniu karmy dla zwierząt i chrustu na opał oraz uzupełnieniu zapasu wody następnego dnia wyruszamy w dalszą drogę. Do celu pozostało już tylko pięć dni legendarnego szlaku, na którym podróżuje się wciąż tak samo jak niegdyś i gdzie organizacja oraz metody eksploatacji i transportu nie zmieniły się zasadniczo od stuleci. Nikt nie ma wątpliwości, że to wszystko wkrótce przybierze zupełnie inny obrót.

Stopniowo, niechętnie, piasek zaczyna ustępować miejsca słabo porośniętej roślinnością równinie. Nareszcie dreszcz emocji i koniec fantasmagorycznej marszruty w Timbuktu. Ja tu odpocznę, a sól popłynie w górę rzeki Niger do miasta Mopti, gdzie utwardzonym systemem dróg dotrze do całej Afryki Zachodniej. Rok wcześniej przewinęło się tamtędy 7500 ton tego produktu o wartości szacowanej na prawie 2 miliony dolarów.

W pierwszej chwili miasto przyniosło gorzkie rozczarowanie, ani śladu po dawnej świetności i chwale. Nic z atmosfery egzaltacji, tylko wąskie uliczki z glinianymi domami pokrytymi welonem kurzu. W sumie okazało się jednak rajską „oazą”, bo w hotelu z ogrodem pięknych bugenwilli piję zimne piwo i biorę prysznic, nie oszczędzając krystalicznej wody. W stylowej restauracji zasiadam do posiłku przy stole z białym obrusem, na którym nie zabrakło i dobrego wina. Pełnię szczęścia dopełniają świeże owoce i filiżanka espresso. To po prostu znaczy być w niebie. W wygodnym łóżku delektuję się faktem, że jutro będzie tak samo, bez udręki i przeciwności losu.

Jacek Pałkiewicz jest reporterem, eksploratorem, odkrywcą źródła Amazonki, twórcą survivalu w Europie. Autor książki „palkiewicz.com”.

Autor z tuareskim wielbłądnikiem

Autor z tuareskim wielbłądnikiem

Foto: Jacek Pałkiewicz (2)

Jeszcze na początku XIX w. zjawiskowe karawany wielbłądów wiozły na północ, do Maghrebu, złoto, egzo

Jeszcze na początku XIX w. zjawiskowe karawany wielbłądów wiozły na północ, do Maghrebu, złoto, egzotyczne skóry, kość słoniową, pachnidła, a także niewolników

Foto: Shutterstock

Plus Minus
Podcast „Posłuchaj Plus Minus”. Kto decyduje o naszych wyborach?
Plus Minus
„Przy stoliku w Czytelniku”: Gdzie się podziały tamte stoliki
Plus Minus
„The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”: Historia pewnego czasopisma
Plus Minus
„Bug z tobą”: Więcej niż zachwyt mieszczucha wsią
Plus Minus
„Trzy czwarte”: Tylko radość jest czysta